Kieliszki, kieliszeczki…

Szkło jakie jest właściwie każdy widzi. Taki słoik albo szklanka, musztardówka na przykład albo butelka. Przydatne, kruche, jakże codzienne. Ot, przetopiony piach, czym tu się ekscytować. Niemal zawsze ważniejsza jest zawartość.

No właśnie. Niemal. Bo czasami zdarzają się takie chwile, gdy szkło urasta do rangi sztuki, przestaje nawet być rzemiosłem, a staje się dziełem, kroplą zatrzymanego w bezruchu piękna. Jedną z takich chwil  jest niewątpliwie wizyta w hucie szkła kryształowego.

Jest to jedna z nielicznych ocalałych w Polsce prawdziwych szklarskich manufaktur i ostatnia już taka huta zajmująca się wytwarzaniem kryształów w tej okolicy. Okolicy dodajmy dawniej właśnie ze szklarstwa słynącej.

Tu kryształy tworzy się ręcznie

Niestety, burzliwe lata transformacji ustrojowej, lata dziewięćdziesiąte z ich często wątpliwej uczciwości prywatyzacją czy wreszcie późniejszy spadek mody na kryształy sprawiły, że większość zakładów zajmujących się ich wytwarzaniem nie potrafiła przetrwać na rynku, a ich wyroby, częstokroć z resztą piękne, można nabyć już tylko na jarmarkach czy wyprzedażach z likwidowanych magazynów. Tym bardziej cieszy to, że huta przetrwała i produkuje rzeczy jeszcze chyba niż dawniej piękniejsze. Ale, po kolei.

Osoby za hutę odpowiedzialne zrozumiały, że sama sprzedaż, a tym bardziej sprzedaż bardzo tradycyjnymi kanałami już nie wystarczy. Dlatego też przy samej hucie nie tylko działają dwa sklepy, którym towarzyszy kawiarnia, ale można również hutę zwiedzać czy zapisać się na warsztaty. Pomysł znakomity nie tylko dlatego, że w ciągu zaledwie godziny, którą spędziliśmy na miejscu kasę zakładu zasiliło co najmniej kilkaset złotych, ale przede wszystkim dlatego, że możliwość obejrzenia prawdziwych mistrzów tworzących tu magiczne kryształy to przyjemność rzadka i bez wątpienia warta 19tu złotych. Zanim jednak weszliśmy do zakładu (w sumie niewielkiego, w końcu to manufaktura), powitał nas pierwszy sklep, ten z kryształami barwnymi. Tysiące przecudnych kryształowych figurek, karafek, kieliszków, pater, szklanek, lamp i dzwoneczków ozdobionych misternymi, kunsztownymi szlifami. Czysta magia. Naprawdę ciężko było oczy oderwać i odmówić sobie zakupu choćby jednego takiego cudeńka. Prawdziwa jednak magia była dopiero przed nami. A była nią oczywiście produkcja kryształów.

Już pierwsze stanowisko zachwyciło. Przy niewielkim warsztacie siedziała drobniutka, całkowicie skupiona na swej pracy (bądź raczej sztuce) pani, jedna z trzech zaledwie ekspertek, które opanowały sztukę formowania szkła w niskich temperaturach. Odgrodzona od płomienia o temperaturze 700 stopni Celsjusza jedynie niewielką szybką, w żaroodpornych rękawicach, z których jedna dawno rozpadła się na części, w skupieniu rozgrzewała, chłodziła, gięła i łączyła różnego koloru szkła by zamienić je w kolejną przecudną figurkę. Szczerze, żałowałem, że wycieczka idzie dalej, bo mógłbym stać i godzinami patrzeć na dziejącą się przy tym warsztaciku magię.

Jak to przy ręcznej produkcji bywa, nie każde naczynie uda się wykonać perfekcyjnie; niektóre po prostu muszą iść na stłuczkę.

Dalej były piece hutnicze pełne roztopionej masy szklanej (bagatela 1200 stopni Celsjusza) i panowie pobierający z pieców porcje szkła za pomocą tak zwanych piszczeli szklarskich, a następnie za pomocą form z namoczonego w wodzie drewna bukowego czy wreszcie własnych płuc nadający im kształt. Kształt karafek czy kieliszków na ten przykład. Jak zaczarowani patrzyliśmy na szkło zmieniające barwę od pomarańczowo żółtej po ciemno czerwoną, po białą, zmieniające kształt jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tu nie ma miejsca na maszyny; jak to w prawdziwej manufakturze o kształcie szkła decydują sprawne dłonie, talent i wiedza ludzi pracujących przy piecach. I choć pewnie żaden etap produkcji kryształów nie jest ani ważniejszy ani mniej ważny od innych, chociaż wszystkie muszą być wykonane doskonale, to chyba jednak praca z roztopioną masą szklaną zmieniającą się w ciągu kilkudziesięciu sekund w puchar była najciekawsza.

To panie okazują się być prawdziwymi mistrzyniami w trudnej sztuce szlifowania kryształów

Potem następowały kolejne etapy; odcinanie zbędnych fragmentów powstających naczyń, które stanowią pozostałość po ich formowaniu na metalowej piszczeli, szlifowanie i wygładzanie krawędzi, a następnie etap równie chyba magiczny, czyli zdobienie szkła za pomocą fantazyjnych nacięć i szlifów. I tu znowu można by godzinami stać i patrzeć jak sprawne ręce pań (bo akurat zdobieniem zajmowały się dziś same panie), zamieniają proste jeszcze naczynia w dzieła sztuki. Niestety, to już prawie koniec wycieczki. Pozostała jeszcze ostatnia stacja; gabloty z najpiękniejszymi dziełami zakładu; bombonierkami zamówionymi na ślub brytyjskiego następcy tronu czy kielichami zamawianymi przez muzeum Van Gogha, zdobionymi fragmentami jednego z jego obrazów, które za kilkaset euro mogą trafić i na Twój stół.

To tym dłoniom kryształy zawdzięczają swe piękno

Po obejrzeniu całego procesu produkcji, nie zmienionego od ponad 100 lat, wyroby w kolejnym sklepie, tym razem poświęconym białemu szkłu, wydawały się jeszcze piękniejsze. Jeśli to oczywiście możliwe.

Huta szkła kryształowego to jedno z miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić. Miejsce, gdzie kultywuje się tradycję i rzemiosło w najlepszym tych słów znaczeniu. Miejsce, gdzie jak dawniej powstają rzeczy przecudne. Jedno z ostatnich takich miejsc, gdzie pasja i piękno oparły się wszechobecnej maszynerii. To miejsce, z którego pochodzą jedne z najpiękniejszych naczyń jakie widzieliśmy.

Kieliszki wykonane w Hucie Szkła możesz kupić tu : klik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top